Pobawmy się w hazard

Od pewnego czasu zauważyłam u siebie niepokojącą tendencję do wpadania w nałogi. Nie jest to nic groźnego, ot kilka nowych przyzwyczajeń umilających życie. Od zawsze lubiłam grać w karty, lecz ostatnio osiągnęło to poziom niemal obsesji. Jedziemy z siostrą (czasem również bierzemy psa) do starych, ewentualnie zapraszamy ich do siebie, dwie talie na stół i zaczyna się gra do późnej nocy. Poker jest nudny i krótki. Tysiącowi brakuje tego czegoś. W makao gra się na wakacjach, pod namiotami. Co zatem wybieramy? Ot, jasna sprawa: remik. Choć mój ojciec kantuje jak zwykle, a sąsiedzi za ścianą doskonale słyszą jego radość z powodu wygranej, nie mogę narzekać na brak rozrywki. Przynajmniej jest się z czego pośmiać. Kiedy ma na koncie sporo punktów i przegrywa kilka partii z rzędu, naburmusza się i siedzi cicho. Przy ciągnięciu karty z talii chucha na nią, później następuje dziki wrzask, końcowe wyłożenie i długi śmiech, jakby co najmniej strzelił szóstkę w totka. Dobry z niego typ. Pisałam kiedyś, dawno temu, jeszcze na starym blogu, pewną sytuację z nim związaną. Lubię ją sobie przypominać, dlatego ją zaprezentuję.

Gimnazjum lub wczesne liceum, nie pamiętam dokładnie. Matka w pracy, ojciec zjechał z Hiszpanii, my z siostrą w łóżkach. Stary wpada do pokoju:

O: Dlaczego nie idziecie do szkoły?

Ja i siostra: Nie chce nam się.

O: Zobaczycie! Powiem matce!

Matka wraca z roboty.

O: Nie były w szkole!

M: Dlaczego?

O: Bo im się nie chciało!

Matka woła nas do kuchni.

M: Dlaczego nie byłyście w szkole?

Ja i siostra: Tata nam pozwolił.

O: CO?!

I tak to mniej więcej wyglądało. Oczywiście od czasu naszej wyprowadzki również zdarzyło się wiele zabawnych sytuacji, ale jedna anegdotka na dzień wystarczy.

Przeskakując trochę dalej, 1 maja minął rok odkąd postanowiłyśmy z siostrą wyprowadzić się od rodziców. Cały rok tułania się po stancjach! Jestem pod wrażeniem, że zleciało tak szybko. Ale postawiłyśmy sprawę jasno. Starzy chcą, abyśmy wracali, ale dopóki na papierze nie będzie napisane, że dom należy do nas, nie ma szans. Po śmierci babci przez pół roku ładowałyśmy w chałupę niemałe pieniądze i drugi raz nie damy się na to złapać. Kiedy sprawa zostanie załatwiona u notariusza, prawdopodobnie wrócimy. Choć liczę, że do tego czasu uda mi się poznać jakiegoś przystojnego Fina, który zabierze mnie do Finlandii.

Czy coś jeszcze? Ach tak. Jakiś czas temu odwiedziłyśmy z siostrą i kumpelą klub, gdzie organizowane są najlepsze rockoteki w mieście. Nikogo interesującego, ech. Mój książę ciemności tym razem zrezygnował z imprezy, wielka szkoda. Od paru lat się za nim oglądam i do tej pory nic. No cóż, może następnym razem mi się poszczęści. Choć muzyka była dobra, a zabawa przednia, nie mogę zapomnieć o pewnym strasznym, traumatycznym incydencie. Co tam wtedy puszczali? Limp Bizkit? Korna? Rammstein? Nie, coś znacznie szybszego. Eo pląsa sobie na parkiecie niedaleko sceny, oczy zamknięte, by lepiej wczuć się w muzykę, gdy nagle BACH! Ocknięcie następuje wśród tłumu skaczących, przewracających się ludzi. Jezus (nie wiem, jak miał na imię, ale podobnie wyglądał) wciągnął biedną Eo w sam środek kotła. Pierwsza myśl? TYLKO NIE ZĘBY! Dziki tłum zaczął na siebie skakać, udało mi się znaleźć wyjście (ale przedtem rzuciłam się jeszcze na kilka osób) i skończyło się na nerwowym tańcu przy krawędzi sali. Najważniejsze bezpieczeństwo. Później, sącząc piwko, obserwowałyśmy ekran przy barze, aby mieć pewność, czy Jezus się uspokoił. Dobrze, że w klubie jest monitoring, choć nie uchronił on nas przed wpadnięciem w jeszcze kilka zasadzek.

To tyle z moich przygód, na razie. Jeśli kiedykolwiek będziecie  w Lublinie, pamiętajcie! Strzeżcie się Jezusa! Poznacie go, gdy zakleszczy wielką łapę na waszych ramionach, wrzucając was w sam środek piekielnego chaosu!

Miłego dnia.

Szare, och jak szare to życie

Za oknem śnieżyca, na nogach spodnie od dresu, a w dłoni kubek z kawą. Pogoda absolutnie zniechęca do jakichkolwiek spacerów (nie żebym była jakąś fanką rekreacji na świeżym powietrzu). Przypomniała mi się pewna sytuacja, której byłam uczestnikiem nie dalej, niż kilka dni temu.

Leclerc, zakupy, standard. Człowiek zapatrzony w listę stara się nie zwracać uwagi na nużący, szary tłum. Byłabym całkiem nieświadoma sytuacji, gdyby nie cud, dzięki któremu udało mi się uniknąć prawie stu kilowego cielska, które prawie się na mnie zwaliło. Kobieta w krzyk. Mężusiowi najwyraźniej coś dolegało. Upadł na posadzkę, jego napuchnięta twarz przypominała paletę barw. Żółta jak pergamin, czerwona, purpurowa, sina. Mężczyzna miał problemy z oddychaniem, ślina kotłowała mu się w ustach. Pierwsze co – krzyk. Nie mam telefonu, wokół pełno ludzi, mówię, żeby dzwonili na pogotowie. Odpowiedź: „a jaki numer”? Do szatana, kurwa. Tylko z odwróconymi szóstkami. Zanim dziewczę wystukało numer i dopytało kilka razy, dla pewności, pozostali świadkowie chwycili za swoje drogie, och tak błyszczące i dotykowe, sprzęty.

Facet dalej nie w formie. Jego troskliwa żoneczka krzyczy, potrzebuje pomocy. Koleś odziany w gruby, przylegający golf. Mówię jak człowiek, „on nie ma czym oddychać, poluzujcie mu trochę to ustrojstwo”. A gdzie tam. Stoją muły dalej i przyglądają się, bo w ich szarym życiu wreszcie dzieje się jakaś akcja. Mężczyzna krztusi się śliną. „Przekręćcie go na bok” – mówię. „Bo się zadławi, w cholerę”. Jakiś posłuch? A gdzie tam. Ludzie patrzą na rozrywkę, po co ją przerywać? Jakiś podstarzały cwaniaczek pyta, czy się na tym znam. No kurwa. Oglądam Haouse’a, to wiem. Brzmi lepiej, niż tygodnie spędzone na expieniu mobów moich klerykiem.

Ludzie mają gdzieś dobre rady. Sama nie podniosłabym tego wielkiego faceta, więc ostatecznie zawołałam ochronę i wróciłam do robienia zakupów. Prawda jest taka, że za dobre serce człowiek dostaje po dupie. A że moja torba duża i nieporęczna, przy próbie okazania ludzkich uczuć, najprawdopodobniej ktoś buchnąłby mi portfel. Pokręciłam się jeszcze w okolicy, dopóki nie przyjechali sanitariusze. Krótka wymiana zdań. Pan nie może oddychać. Krztusi się. Przekręćmy go na bok.

A nie mówiłam?

Muły powróciły do swojego nudnego, szarego życia. Koniec imprezy, czas do domu.

The end.

Nie wytrzymałam. Przepraszam pana od pizzy, że musiał zasuwać do mnie w dwudziestostopniowym mrozie, ale siła wyższa. Dostał trzy złote napiwku. Będzie miał na browara.

Dopadła mnie totalna pisarska niemoc. To takie trudne napisać do kogoś krótką wiadomość na gg, nie mówiąc już o skleceniu kilku zdań do powieści, opowiadania, wierszyka, whateva. To zimno chyba zahibernowało moje szare komórki (bo dalej liczę, że będzie można je odzyskać, gdy nadejdą cieplejsze dni). Myśleć o historii, planować, aż wreszcie ułożyć ogólny zarys jakiegoś rozdziału. Jeszcze nigdy nie było to tak strasznie trudne. Może to przez życiowe problemy? Uczelni przecież nie liczę. Kolejna przerwa w nauce, ale trudno. Trzeba się skupić na pracy, żeby ponownie nie grożono mi eksmisją. Trzeba pospłacać długi. Byłaby z tego całkiem niezła opowieść, ale niektóre elementy wydają się aż nazbyt fantastyczne, aby ktoś potraktował to poważnie.

Wczoraj pan od pizzy, a dzisiaj ja. Trzeba  w końcu ruszyć dupsko i wybrać się do bankomatu po pieniądze. Wrócę, ogarnę jakąś herbatkę, papieroska i wracam do walki z lenistwem. Jeszcze się łudzę, że wyjdę z tej potyczki zwycięsko.

Na koniec wierszyk. To chyba najlepsza forma dedykacji, którą mogłam wymyślić, kiedy ogarniałam antologię dla dziewczyn. Poczta załatwiona, w końcu. Wkrótce dostaniecie książeczki!

Ekhem… <teatralne odkaszlnięcie>

Fiołki na górze,

Leto depcze róże,

Ramza w szał wpada,

Gdy Asura jego tyły bada,

Cała Akademia słucha

Kiedy Gewura wsadza mu… <cenzura>.

Dziękuję za uwagę.

Koniec.

 

Za zimno…

Pogoda ostatnio zniechęca do wyściubiania nosa z domu. Gdyby nie obowiązek wobec psa, siedziałabym na tyłku, pod grzejnikiem, przez cały dzień.

Wyglądam przez okno i tak strasznie współczuję ludziom, którzy dziesięć pięter niżej muszą zajmować się swymi obowiązkami na mrozie. Od kiedy temperatura spadła poniżej zera, zastanawiam się nad zamówieniem pizzy. Biedny będzie człowiek, który opuści bezpieczne schronienie, aby podać mi obiad. Powstrzymuje mnie jedynie zawartość portfela. Ach ci biedni dostawcy mają jednak szczęście…

Zdawałoby się, że niska temperatura podgrzewa w ludzkich sercach płomień zazdrości. Nie pierwszy raz spotykam się z faktem, że to co lepsze od innych, niekoniecznie tym innym pasuje. Co za szuja obniża ocenę do „To the moon and back” na portalu Omikami? Czy na portalu, gdzie powinny wypowiadać się osoby pełnoletnie i dojrzałe (ze względu na treści) wciąż panuje moda na wysyłanie wiadomości znajomym, aby dali jak najniższą opinię dobremu tekstowi? Cóż, tak jest. Wiem ile osób udziela się na stronie/forum, co można dostrzec porównując liczbę ocen konkretnych opowiadań. 50? Proszę. Jestem ciekawa kto wynajął sobie agentów do tej misji. Prawda jest taka, że większość ocen to 1 lub 9 czy 10. Frustruje mnie, że akurat ten tekst stał się swoistym polem bitwy między „wrogami” a „sprzymierzeńcami” Eo. Ale co poradzę? Gdy publikowałam na innym portalu, gdzie dziennie przychodziło ok. 15 tekstów, było to samo. Byleby tylko zająć wysoką pozycję w rankingu, a nuż spodoba się wydawnictwu i puszczą drukiem w czasopiśmie. Co za dziecinada.

Zbliża się 23. Czas na herbatę i papieroska. No, może dwa. Ewentualnie siedem.

Pożegnam was dzisiaj cytatem. Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji politycznej będzie on odpowiedni.

Pierdol system, ale rób to stylowo.

Obym się nie musiała za nikogo wstydzić!

Koniec.

Logika snów

Wszyscy oglądamy telewizję. Filmy sensacyjne, romanse, szarego Amerykanina, który w ostatniej minucie ratuje świat przed zagładą, pomagając po drodze ludziom w opresji. W gruncie rzeczy każdy chciałby być bohaterem. Liczy na to, że dostanie szansę, aby się wykazać. Ile jest prawdy w tym ostatnim? Cóż, chyba niezbyt wiele.

Dzisiejszej nocy miałam sen. Budynek jakiejś ekskluzywnej szkoły, połączonej z żeńskim domem dziecka, w którym mieszkały wyłącznie małe dziewczynki. Prowadziły całkiem lajtowe życie. Piękne łóżka z drewnianymi kolumienkami, grube narzuty, miękkie, czerwone dywany zakrywające podłogę. Korytarze ozdobione drogimi obrazami, nie byle jakimi świecznikami i tak dalej. Bardziej przypominało to rezydencję, ewentualnie przytulne wnętrze ratusza. Ale do rzeczy.

Coś się nie spodobało kierownikowi. Dowiedziałam się o tym, gdy poszłam do punktu xero na parterze. Dziewczynki biegają w koszulach nocnych po korytarzach, przestraszone, nie mogąc znaleźć wyjścia. Trzeba je chronić, wiadomo, to dzieci przecież. Co w tym momencie nakazuje pogrążony we śnie umysł? Rozdzielamy się, tak, kierownik nie będzie wiedział za kim pobiec. Dzieciaki biegną za mną przez klatkę schodową, rozbiegają się gdzieś po drodze, a ja wypadam na jeden z korytarzy. Przede mną, z bocznego przejścia wybiegają inne dziewczynki, za nimi szalony kierownik.  Przytulam się do dwuskrzydłowych drzwi, koleś biegnie dalej, nie widzi mnie. Jest bezpiecznie, więc wchodzę do pomieszczenia.

Jakaś sala obrad, czy coś w tym rodzaju. Lśniący, podłużny stół, obite czerwoną tkaniną krzesła z wysokimi oparciami, gdzieś pod oknem kanapa. Nagle obok mnie pojawiają się dzieci. Kierownik się zbliża. Co trzeba zrobić? Schować się. Klękam pod blatem, między krzesłami. Facet wpada, robi swoją robotę i rozgląda się za mną. Po co była ta cała ucieczka, skoro po chwili udało mi się go rozbroić? Zgodnie z wiedzą nabytą na zajęciach samoobrony, pragnę dodać. Kilka strzałów, kierownik pada martwy na ziemię. W budynku zostałam tylko ja.

Jaki z tego wniosek? Możesz mówić wszystkim, że ratowanie życia jest super i byłoby fajnie, gdyby na ciebie spadła taka możliwość, ale tak naprawdę to wszystko idzie o dupę potłuc. Obchodzi cię to, czy przeżyjesz. Szukasz sposobu i czekasz, aby ocalić życie w najbardziej sprzyjającym momencie. Umysłu nie oszukasz. We śnie nie masz nad nim kontroli. Podpowie ci najwłaściwsze rozwiązanie.

To tyle jeśli chodzi o bohaterstwo.

Koniec.

Hello World!

Yup, postanowiłam założyć kolejnego blogaska. Czasami zdarza się, że mam ochotę podzielić się przemyśleniami z innymi, a „Era Zoloma” niespecjalnie się do tego nadaje ^^’ Będę tu pisała tak dla potomności. Może za parę lat przejrzę wpisy i będę się z nich śmiała? W przypadku pamiętnika tak właśnie było XD